- Kaśka! Dopij kawę i jedziemy – zadecydował Jacek. Chwilę potem ładowali się z plecakami do samochodu. Zdążyłem jeszcze wyjść na schody i życzyć im udanych wakacji, machając na pożegnanie.

Tym oto sposobem pozbyłem się mojego brata i jego dziewczyny na jakiś miesiąc. Spokój, cisza… Cóż za wspaniała perspektywa, zwłaszcza że rodzice od jakiś dwóch dni wygrzewali się na Teneryfie i zgodnie z planem nie wrócą przez najbliższe trzy tygodnie. Zatem nareszcie miałem spokój by zająć się nauką. Została mi do zdania we wrześniu neurologia, więc było co robić.

Właściwie nawet nie żałowałem, że w tym roku nigdzie nie wyjadę na wakacje. Perspektywa spędzenia tego czasu w domu – w ciszy i spokoju po wielu miesiącach spędzonych na uczelni i w klinikach wydawała mi się o wiele ciekawszą alternatywą od zatłoczonych kurortów, pełnych rozentuzjazmowanych niemieckich wczasowiczów w wieku wczesnoemerytalnym czy marznięcia w podmakającym namiocie gdzieś w puszczy “białowieszczańskiej”.

Zamknąłem drzwi, chwyciłem z lodówki colę i postanowiłem przejrzeć zaległe maile. Przy komputerze czas płynął mi dość beztrosko, a że do nauki mi się nie spieszyło postanowiłem pooglądać sobie również nowe fotki na sneakersowych stronkach. Oczywiście wystarczyło wyjść na ulicę, żeby zobaczyć setki chłopaków paradujących w krókich spodenkach i niezliczonych modelach najków, adików, rebooków, conversów i wielu, wielu innych, ale tylko Internet dawał możliwość podejrzenia ich w najróżniejszych konfiguracjach. Zazdrościłem kolesiom na zdjęciach świetnej zabawy butkami i soksami. Tymczasem musiało mi wystarczyć oglądanie.

Przeraźliwy dźwięk bramofonu przywołal mnie do porządku. – Kogo cholera tam niesie – pomyślałem. Przez okno dostrzegłem Tomka, kumpla mojego brata. Tomek był rosłym dwudziestolatkiem, w typie dresiarza. Mimo jego częstych wizyt składanych zwykle w drodze powrotnej z pobliskiej siłowni, nie mieliśmy okazji się bliżej poznać. Zazwyczaj kiedy wracałem z uczelni, właśnie wychodził lub stał przed bramą rozmawiając z Jackiem. Nie zwracałem jednak na niego większej uwagi. Jako kolega mojego brata był zupełnie poza kręgiem moich zainteresowań. Tym razem moje pobudzone obejrzanymi wcześniej w Internecie fotkami dużo żywiej zareagowały na okazałego byczka w koszulce na ramiączkach, eksponującej dorodne bicepsy, i niebieskich szortach odsłaniających umięśnione nogi wtłoczone we wściekle czerwone Pumy Ferrari. To był widok. Dziwiłem się sobie, że wcześniej nigdy nie przyjrzałem mu się dokładniej. 

- Jest Jacek? – zapytał z uśmiechem.

- Nie. Wyjechał z Kaśką na wakacje – odparłem otwierając bramę.

- Mam parę rzeczy do wydrukowania, a padła mi drukarka – oznajmił i wszedł nie czekając na moje zaproszenie.

W powietrzu wyczułem unoszący się zapach świeżego potu. Przesycony potężną dawką hormonów zapach młodego samca. Z ledwością panowałem nad swoim podnieceniem.

- Jasne – wydusiłem w stronę Tomka, ale ten zniknął już za drzwiami.

Kiedy wszedłem na górę Tomek siedział wygodnie przed klawiaturą mojego komputera zanosząc się od śmiechu. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że zostawiłem otwartą jedną ze sneakersowych galerii. Spanikowałem. Uspokoiła mnie trochę jednak jego reakcja. Nie było w nim świętego oburzenia czy agresji. Raczej całkowite zaskoczenie i rozbawienie tym co zobaczył.

- Stary! Nie wiedziałem, że lubisz chłopców! Ale będzie zwała kiedy powiem chłopakom na siłowni, że nasz doktorek jest pedziem – wydyszał i znowu wybuchnął śmiechem.

- A co w tym złego? – zapytałem z wymuszym opanowaniem. Tak naprawdę od lat nie ukrywałem swojej orientacji. Nie chciałem jednak, żeby mój mały fetysz stał się przyczyną złośliwych docinków chłopaków z sąsiedztwa.

- W sumie to nic. Ale właśnie sobie wyobraziłem, jakby to było mieć osobisty podnóżek – odparł powstrzymują sie od śmiechu. Całe jego ciało drgało od tłumionego śmiechu. Mięśnie rąk prężyły się niemiłosiernie chcąc choćby na moment opóźnić salwy śmiechu. Zapach potu wyczuwalny był teraz już bardzo wyraźnie.

Zatkało mnie. Stałem zupełnie oniemiały. Pragnąłem nawet na chwilę jego ogromnych stóp. Podświadomie wyczuwałem, że w tych Pumach zamknięty jest niezwykły aromat. Z drugiej strony bałem się niemiłosiernie. Nie ujawnienia całej sprawy, ale raczej fizycznego ataku. Tomek bez mrugnięcia powieką mógłby stłuc mnie na kwaśne jabłko. Ale nie… Palcem wskazującym jedynie skierował mój wzrok na swoje butki.

- No dalej! Przecież tego właśnie chcesz. Zacznij całować moje Pumy i okaż mi należny szacunek – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Te nogi nieźle napracowały się na dzisiejszym treningu, a teraz masz zaszczyt się do nich przytulić – kontynuował. – Czyż to nie cudowne dla ciebie uczucie?

Powoli ściągałem buty z jego stóp uwalniając silny męski zapach zdradzający kilkukrotne wykorzystanie tych samych skarpet. Tomek sprawnym ruchem docisnął podeszwę swojej stopy to mojego nosa. Zapach był  obezwładniający.  Nagle zapragnąłem spędzić całe swoje życie u stóp tego młodego pakera. Ostry, widzerający się w moje nozdrza ciepły zapach jego stóp był dla mnie niczym narkotyk.

- No widzisz? Już się uspokajasz. Właśnie tego było ci trzeba – oznajmił z zadowoleniem. – Zresztą co ci będę szczędził. Od teraz już zawsze będziesz służył mi w ten sposób. \

- Jak to? – krzyknąłem zrywając się na równe nogi.

- Normalnie. Do czasu powrotu twojej rodzinki pomieszkam sobie u ciebie – usłyszałem w odpowiedzi.

- Chyba zwariowałeś. Nie ma mowy! – krzyknąłem jeszcze głośniej. Niemniej mój opór nie trwał zbyt długo. Jednym susem Tomek powalił mnie na ziemię i po chwili dociskał jeden z butów do mojej twarzy. Próbowałem się wyrywać, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Tomek był silniejszy.

- Nie rozumiem twojego zdenerwowania gościu – stwierdził z wyraźnym zadowoleniem. – Od teraz będziesz miał moje stopy na codzień. Co ja mówię moje… Wszystkich moich kumpli z siłowni. W końcu należy im się jakiś relaks po ciężkim dniu.

W tym momencie rozległ się dźwięk telefonu. Tomek jak gdyby nic odebrał.

- Halo! Jestem u doktorka – usłyszałem. – Co? Bolą cię nogi? To świetnie. No nie… jasne że mnie to nie bawi, ale doktorek robi świetny masaż stóp. Że co? Wiem, że na siłowni jest zepsuty prysznic. To nic. Doktorkowi to nie przeszkadza. Właśnie leży i wącha moje pumy.

Próbowałem protestować, ale szczelnie dociśnięty do mojej twarzy but tłumił skutecznie wszystkie dźwięki. O wyswobodzeniu się nie było nawet mowy.

- No jasne, że to śmieszne. Ale nawet nie wyobrażasz sobie jak długo mnie prosił, żeby choć chwilę wąchać moje smrody. A wiesz, że jestem uczynny – powiedział dusząc się od śmiechu. – Spoko, możecie przyjść z Młodym. Doktorek nie ma nic przeciwko.

Tomek schował telefon po czym wstał uwalniając mnie. Powoli podnosiłem się z ziemii. Byłem wściekły, ale oszołomienie rozwojem wypadków odebrało mi mowę. Nie wiedziałem jak mam się wyzwolić z tej beznadziejnej sytuacji. Tymczasem on wygodnie rozsiadł się w fotelu wyciągając przed siebie nogi. Na zmianę patrzyłem na jego pożółkłe od potu białe skarpety i jego twarz. On natomiast uśmiechał się szelmowsko dając mi bez słów do zrozumienia, gdzie jest moje prawdziwe miejsce. Mimo odczuwanego wewnętrznie sprzeciwu tak naprawdę chciałem, żeby to wszystko trwało dalej. Pragnąłem za wszelką cenę ponownie wąchać jego stopy. To było jak sen. Jego arogancja i pewność siebie obezwładniała mnie zupełnie. Byłem zupełnie bezwolny. A przecież nie mogłem pozwolić, żeby Tomek przemieszkał u mnie trzy tygodnie.

- Nie martw się. Luzik. To spoko kolesie. Jak im powiem, to nic nie wyjdzie poza mury tego domu – zaczął troskliwie. – Warunek jest jeden, że będziesz nam grzecznie bez szemrania służył, a ty przecież o tym marzysz.

- Nie możesz u mnie mieszkać. To zupełnie nie wchodzi w rachubę – odparłem z bijącym sercem.

- Mylisz się. Właśnie, że mogę. No chyba, że chcesz się później tłumaczyć znajomym czemu wąchałeś na siłowni moje skarpety w szatni – oznajmił ostentacyjnie.

- Co ty gadasz? Też pomysł! - odburknąłem z oburzeniem.

- Widzisz, rzecz w tym że dwa dni temu nawet nie zauważyłeś jak robiłem ci zdjęcie. Tak byłeś pochłonięty wąchaniem. Zresztą sam popatrz – odparł podając mi odbitkę.

Na zdjęciu widać było jak wącham białą skarpetę wyciągniętą z szafki. Problem w tym, że i szafka i skarpeta była moja. Pech chciał, że jako jednorazowemu użytkownikowi siłowni dano wtedy jedyną wolną szafkę.

- Przecież to moja szafka i moje skarpety – odpaliłem.

- Szafka jest moja, tylko akurat wtedy była wolna bo zepsuł się zamek, więc wszystko zabrałem do domu. Ale o tym wiem ja, Młody i ty. Wtedy na recepcji był właśnie Młody. A on w razie czego powie, że włamałeś się do mojej szafki, co zresztą potwierdzi to zdjęcie – skwitował. – Wiem jednak, że to nie będzie konieczne. Tak naprawdę ty chcesz wąchać nasze skarpety i lizać nasze stopy. Przyznaj się.

Tomek miał rację.